Apostazja.info na Facebook'u

Polecam ciekawy tekst blogerki prowadzącej blog "Maminkowo", w którym opisuje ona swoją przygodę z wystąpieniem z Kościoła rzymskokatolickiego.

Po niezbyt długim, ale budzącym sensację błądzeniu po siostrach zakonnych i księżach rozsadzonych w kantorkach i pokojach zabytkowej kamienicy, skierowano nas do ojca kanclerza, który przywitał nas z szerokim uśmiechem i podaniem dłoni. Uśmiech nieco zbladł, gdy zamiast „pochwalony” otrzymał „dzień dobry”, a znikł, gdy usłyszał z czym przychodzimy. Jego pierwsze słowa brzmiały: „ale po co? przecież wy za to nie płacicie?! A my płacimy podatek od wielkości parafii bez względu na ilość wiernych w niej zamieszkujących.” No nie! Uczą ich tego, czy co?! Może jest jakiś protokół postępowania z apostatami. Np. punkt pierwszy: upewnij się, że parafianinowi nie chodzi o oszczędności naszym kosztem. Czy coś w tym stylu… Szczeny nam opadły. Rozmowa była równie poważna i ostra jak w parafii, ale do kanclerza jeszcze trudniej docierały argumenty o uczciwości, honorze, obłudzie, pewności. Odniosłam wrażenie, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu, że tak jak ja nie wierzę w boga, tak niektórzy katolicy nie wierzą w ateistów, choć jestem całkiem namacalna, jak przekonał się ksiądz kanclerz podając mi dłoń, a do tego wygadana, więc umiem chyba powiedzieć o co mi chodzi z tą niewiarą. Wyniosłam z tej rozmowy tyle, że w Niemczech to się opłaca taka deklaracja, bo tam płaci się podatki na kościół… nikt nie próbował z nami rozmawiać o wierze, o powodach odejścia od wiary, o drodze jaką przeszłyśmy od religijnych ponoć dzieci do ateistek, nakłaniać, katechizować, zainteresować się przyczynami, wymienić światopoglądy, nikt, jedynym argumentem była kasa i zupełny brak potrzeby zgłaszania apostazji. Bo i po co? Może lepiej się ukryć wśród katolików i przesiedzieć cicho, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wróci inkwizycja i będę się za to smażyła na stosie.

Pełen tekst na blogu "Maminkowo".

{jcomments off}