Apostazja.info na Facebook'u

W Dzienniku Polskim ukazał się artykuł Liliany Sonik odnoszący się do zainicjowanej przez Janusza Palikota akcji występowania z Kościoła. Autorka w ostrych słowach krytykuje sam pomysł apostazji.

(...) W Polsce każdy może zmienić lub porzucić religię bez żadnych "świeckich" konsekwencji. Nie mamy podatku kościelnego, żaden urząd nie kontroluje uczestnictwa w nabożeństwach czy innych praktykach religijnych. Kto "wypisze się" z Kościoła, ten poświadcza, że na zawsze rezygnuje z sakramentów, religijnego pogrzebu czy prawa do bycia rodzicem chrzestnym. To konsekwencje - wyłącznie - natury religijnej, inaczej niż w islamie, gdzie odstępstwo od wiary pociąga za sobą groźbę kary śmierci, więzienia lub odebrania dzieci i prawa do spadku. 

U nas zrezygnować z praktyk religijnych można w każdej chwili, po cichu lub głośno: informując każdego, kto tylko chce słuchać. Wystarczy złożyć odpowiednie oświadczenie, by otrzymać zaświadczenie. Apostazja to nie jest byle co. Choć chodzi o akt jawny, jednak zarówno motywy jak konsekwencje należą do sfery duchowo-religijnej. Dlatego nie wyobrażam sobie, by w kraju uznawanym za laicki, czyli we Francji, jakiś polityk propagował apostazję. Byłoby to uznane za niedopuszczalne mieszanie porządków, za akt wrogi wobec wolności sumienia. A wezwanie do ingerencji państwa jest prawdziwym skandalem. I przejawem myśli totalitarnej. 

Gdyby urzędy przyjmowały deklaracje o wystąpieniu z Kościoła to - zgodnie z logiką administracji - zażądają deklaracji wstąpienia, bo przecież nie można oficjalnie wystąpić z grupy, w której się oficjalnie nie figurowało. Nie jest rolą państwa wchodzić w tereny, gdzie obecność urzędów i urzędników nie jest konieczna. To alfabet nowoczesnej demokracji.

Zgadzam się z autorką, że angażowanie urzędników w ten proces jest raczej zbędne i w pewien sposób "niebezpieczne". Wg mnie zupełnie wystarczającym było by prawne przymuszenie związków wyznaniowych do akceptowania wyrażonej na piśmie przez obywatela woli wystąpienia z danego związku. W tej chwili brak jest takich "przymuszających" przepisów i jest to źródłem problemów jakie napotykają osoby próbujące formalnie opuścić np. polski Kościół rzymskokatolicki.

Autorka zdaje się też nie dostrzegać pewnego rozróżnienia, o którym pisałem tutaj

Jest znacząca, aczkolwiek często niedostrzegana różnica pomiędzy formalną przynależnością do związku wyznaniowego (figurowanie na liście członków organizacji), a aktywną przynależnością do niego (praktykowanie wiary, uczestnictwo w obrzędach). Wydaje się, że prawo bardziej chroni ten drugi wymiar przynależności do wspólnoty religijnej, a ten pierwszy pozostawia raczej w gestii związku wyznaniowego. Łatwiej jest się bronić w sądzie przed zmuszeniem do praktykowania lub niepraktykowania jakieś wiary, niż przed figurowaniem wbrew swej woli na liście członków organizacji religijnej.

Autorka artykułu skupia się na aktywnej przynależności do Kościoła a zupełnie ignoruje fakt, iż dla wielu osób bardzo ważną jest także przynależność formalna.