Apostazja.info na Facebook'u

No więc wszystko przebiegło zupełnie zwyczajnie, a wręcz banalnie. Małe miasteczko przy wschodniej granicy, rodzice katolicy, chrzest, pierwsza komunia z ciepłą oranżadą, lekcje religii w salce katechetycznej, a potem już w szkole, w niedzielę do kościoła, w maju na majowe, roraty z lampionami i ze zbieraniem na zaliczenie świętych obrazków. Potem, w ostatnich klasach podstawówki, sprzeciw przeciwko pustym rytuałom i obrzędom, pierwsze spory z katechetami (lekcje religii przeniosły się już wtedy do szkół), okłamywanie rodziców, że było się w kościele.

W liceum już oficjalnie przestałem chodzić do Kościoła. Nadal jednak uczęszczałem na lekcje religii przez co u księdza prowadzącego te lekcje pojawiło się kilka siwych włosów. Tak w ogóle to było nas trzech - nazywaliśmy siebie "Trójcą Świetną". W dniu kiedy mieliśmy religię ubieraliśmy się obowiązkowo na czarno od stóp do głów. Siadaliśmy na końcu klasy i załatwialiśmy swoje ważne sprawy, wtrącając czasem jakiś swój głupkowaty komentarz do tego o czym mówił ksiądz. Bawiliśmy się świetnie, a księdzu wystarczało najwidoczniej samo to, że przychodzimy na jego lekcje. Miał cały czas nadzieję, że się zmienimy.

Dla zabawy również pojechaliśmy na trzydniowe rekolekcje młodzieżowe do jakiegoś klasztoru. Nie rozumiałem do kogo się Ci ludzie modlą, komu śpiewają, o co chodzi w tych piosenkach? Wydawało mi się to puste i śmieszne. Przeczuwałem chyba bardziej niż wiedziałem, że nie ma to sensu. Zwłaszcza to, co pierwszy raz wtedy zobaczyłem. A widziałem tam radosne tańce, trzymanie się za ręce, nakładanie rąk na głowy modlących się, kazania wykrzyczane w takim stylu, w jakim to zrobiłby czarny pastor w Luizjanie. Bardzo mocno to kontrastowało z tym, co do tej pory słyszałem od naszego pociesznego, statecznego, grubego, prowincjonalnego proboszcza. Niestety, chyba wbrew oczekiwaniom organizatorów, zabiegi te mną nie wstrząsnęły ani trochę. Nie licząc wstrząsów przepony gdy jakaś czerwona na twarzy kobieta krzyczała coś o piekle. Lub kiedy jakiś biedaczysko przez mikrofon opowiadał jąkając się z przejęcia jak się kiedyś intensywnie onanizował, ale ponieważ mocno się modlił Jezus wstąpił w "to" miejsce i uzdrowił je - a cała sala gromkimi brawami dziękowała mu za wspaniałe świadectwo.

"Dla jaj" również zgodziłem się na bierzmowanie. Jakieś znaczenie miał też pewnie argument, że bierzmowanie jest potrzebne do ślubu kościelnego, gdyż Wtedy jeszcze myślałem, że być może... kiedyś... kto wie...? Lecz niestety, msza, na której byłem bierzmowany była ostatnią w której uczestniczyłem. Nie licząc oczywiście ślubów i pogrzebów, bo te traktuję jako wydarzenia o charakterze wyłącznie towarzysko-rodzinno-społecznym. Ale wtedy jeszcze moja niewiara była słaba, oparta tylko na braku zrozumienia tej całej religii.

Dużą zmianę w sposobie postrzegania przeze mnie religii przyniosły moje studia przyrodnicze. Ekologia, genetyka, darwinizm, a zwłaszcza książki Richarda Dawkinsa takie jak "Samolubny gen" czy "Ślepy zegarmistrz" były czymś co "otworzyło me oczy" (uważam, że w każdym świadectwie tekst o "otworzeniu oczu" musi się znaleźć obowiązkowo). Zacząłem dostrzegać psychologiczno-społeczne podłoże i mechanizmy działania wszelkich religii. Dotarło do mnie, że niektórym ludziom (a może większości?) POTRZEBNY jest Bóg-Stwórca, albo Bóg-Ojciec, albo Bóg-Sędzia, albo Bóg-Nauczyciel, albo jeszcze jakiś inny Bóg, albo dowolna kombinacja tych Bogów. Bez niego takim ludziom, żyje się źle na tym padole, gdyż lęki egzystencjalne zabijają w nich radość życia. Wiara jest wtedy jak ten gaz rozweselający, który uprzyjemnia wizytę u dentysty. Mi natomiast żaden Bóg nie jest do niczego potrzebny - niczego nie tłumaczy i w niczym nie pomaga. Ot i wszystko.

Ostatnim ważnym etapem mojej drogi ku apostazji było odkrycie forum dyskusyjnego na portalu www.katolik.pl. Dzięki dyskusjom tam prowadzonym lub choćby śledzonym jeszcze wyraźniej zrozumiałem, że jestem ateistą. Mało tego, okazało się, że ateistów w tym kraju jest więcej! Na dodatek zupełnie bez skrępowania o tym mówią i na poważnie dyskutują z katolikami. Podobało mi się to, że tak wyraźnie stają po tej drugiej, "niekatolickiej", stronie sporu i twardo bronią swych racji. Dzięki tym dyskusjom nabrałem większej pewności siebie w rozmowach o naturze religijnej. I ta moja rosnąca pewność siebie przeważyła w końcu szalę na korzyść decyzji o dokonaniu apostazji. Ale o tym w drugiej części mojego Świadectwa.

Robert