Apostazja.info na Facebook'u

Moja droga do odejścia z kościoła  była długa, ale teraz tak sobie myślę, że musiało do tego dojść, bo z natury jestem sceptykiem i ciężko mi jest przyjąć cokolwiek "na wiarę".

Ale po kolei: Urodziłem się w 1987 roku, wychowywałem się w katolickiej rodzinie, rodzice chodzili do kościoła "od święta" i spowiadali się raz do roku i uznawali siebie za katolików. Kiedy miałem 9 lat przyjąłem pierwszą komunię i wtedy proces się zaczął, dorastałem i szybko zauważyłem, że istnieje konflikt między tym czego chce ja, a czego wymaga ode mnie religia. Wpadłem w "wir grzechu", wstydziłem się swoich "grzechów", do tego stopnia, ze bałem się z nich wyspowiadać, uważałem się za człowieka małej wiary, chodziłem coraz częściej do kościoła i modliłem się, aby Bóg "wyciągnął" mnie z tego i dał mi siłę. Pomoc nie nadchodziła, a ja ustalałem kolejne terminy kiedy to wyspowiadam się, nawrócę i będę przykładnym katolikiem. Tymczasem mimo ciężkich grzechów przyjmowałem komunie pod presją rodziny, do dziś pamiętam teksty w stylu "Jakie Ty możesz mieć grzechy ? Ty masz dopiero 14 lat !". To mnie jeszcze bardziej dołowało i nie pozwalało spać, przed snem często maiłem apokaliptyczne wizje szatana i piekła w którym się spalam. Do 17 roku życia właściwie nic nowego się nie wydarzyło, dopiero w roku 2004, przed świętami poszedłem do spowiedzi i wyrzuciłem z siebie wszystko, ku mojemu zdziwieniu nie poczułem ulgi, raczej po głowie chodziła mi myśl "Powiedziałem księdzu, swoje "występki"  i to niby ma mi pomóc ?". Nie świadom tego co się później wydarzyło postanowiłem stoczyć, ostatnią jak się później okazało bitwę. Zabrałem się za czytanie Biblii, myślałem że to mój ostatni ratunek przed coraz większymi wątpliwościami, których nie chciałem do siebie dopuścić. Przeczytałem cały stary testament i przyznam, że bardzo mnie ta lektura znudziła. W wakacje roku 2005 natrafiłem na serwis racjonalista.pl, dużo artykułów przeczytałem, brałem aktywnie udział w dyskusjach i wyrabiałem sobie zdanie na różne tematy, głównie tematy wiary. Gdzieś pod koniec wakacji byłem już pewien, że to wszystko jest bez sensu, ta cała wiara. Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w Boga nigdy nie wierzyłem, miło mi było po prostu było gdy w chwilach trudnych miałem się do kogo zwrócić, bo tak naprawdę nigdy nie miałem prawdziwego przyjaciela, więc w Bogu szukałem oparcia. Zdałem sobie sprawę, ze to wszystko jest złudne, liczy się tu i teraz, a nie to co będzie po śmierci i czy w ogóle coś będzie. Żyje się raz, trzeba korzystać z życia, a nie żyć z przekonaniem, że po śmierci staniemy przed "złym Bogiem", który wyśle nas do piekła na zawsze, potorturuje trochę w czyśćcu czy może "rzuci" do nieba. Odkąd zrzuciłem z siebie łańcuch wiary, który mnie bardzo uwierał czuje się wreszcie wolny i dużo mniej boje się śmierci. Na własnej skórze przekonałem się, że Ateizm to jedyna słuszna droga, a wierzący to ludzie słabi, którzy nie potrafią sami wziąć odpowiedzialności za swoje życie, więc łatwo im się oprzeć na wyimaginowanej postaci....

Aktu formalnej apostazji nie zamierzam narazie dokonywać, przygotowuję na to swoją rodzinę, szczególnie dziadków, bo to będzie dla nich duży szok. Jak wreszcie pójdę do księdza i zakończę ten okres w swoim życiu to podzielę się wrażeniami.

Jakub